o miłości.

Dawno, dawno temu, Olkazerolka uczyła się bardzo dużo. Wstawała codziennie o 7 rano i do śniadania czytała książkę do historii, bo szykowała się do matury.
Były to czasy, kiedy człowiek upijał się setką wódki, ponieważ nie zarabiał jeszcze własnych pieniędzy, co mózg chyba wyczuwał i miłościwie się nad nim litował.

 

Były to czasy, kiedy intensywnie myślałam nad tym, kim będę, jak dorosnę, a więc musiałam wybrać kierunek studiów.
Mój Brat spytał mnie któregoś dnia, gdzie zamierzam się wybrać, ja na to:

 

- no nie wiem, może na polonistykę? – bo język polski był moim faworytem i ulubionymi lekcjami były te, kiedy można było pisać.

 

Z wrodzonym nam wdziękiem, mój Brat rzekł do mnie: – ale Ciebie to pokurwiło? Chcesz dzieci uczyć? Weź idź na co innego.

 

Ja na to: – ale na co?

 

A On: – no nie wiem, może rosyjski?

 

Po kilku miesiącach odebrałam na lekkiej, wakacyjnej, wczesno-popołudniowej bani pewien telefon. Dzwonił do mnie Uniwersytet. Z rosyjskiego wydziału zadzwonili pierwsi i właśnie dlatego tam się znalazłam w październiku 2009 roku.

 

Jednakowoż, moja miłość do literatury nie umarła, ale zmarniała, przybita setkami stron o dupie marynie, które każdy musi przeczytać na studiach. Obiecywałam sobie, że kiedyś gdzieś, przeczytam te wszystkie książki, które pachniały tak pięknie i obiecywały tak dużo, całkiem jak nastolatki w barach na Mazurach, albo na innej wsi.

 

Jak każda przedwczesna dwudziestka, miałą słabość do pierdoletów o miłości, tych o jedzeniu swoich ciał, duszy, nieszczęściu i niespełnieniu. Czytałam je mniej namiętnie niż kryminały, albo książki tzw. obyczajowe, bo nie dało się tego kiślu wypić wiecej niż z 10 stron na dzień.
Myślałam sobie wtedy “Ah! Bo to są takie trudniejsze pozycje, dzisiaj trochę mnie boli głowa, ciśnienie jest za niskie, muszę wypoczęta do takiej lektury przysiąść”.

 

Przysiadałam i nie umiałam. Ukradkiem, żeby nikt nie widział, zaczytywałam się w książkach, które nie pobijały rankingów popularności, a Nike widziały tylko wtedy, kiedy autor się na nie szarpnął w sklepie sportowym.

 

W końcu, mogę się przyznać do tego, że nie chcę już czytać o pięknych zwiewnych dziewczątkach, które nadgarstki mają kruche, a obojczyki wystające tak mocno, że przy wsiadaniu do tramwaju muszą uważać. Nie chcę słuchać o miłościach zawiedzionych i nieprawdziwych, o tragicznych historiach, które są samym życiem i bohaterów takich historii spotykamy codziennie, ale nie zwracają naszej uwagi, bo włosy niezbyt im się błyszczą.
Nie chcę nie rozumieć tego co czytam, bo przerost formy nad treścią jest wizytówką takich wypocin.

 

Chcę ludzi prawdziwych czytać, bo tych nierealnych to pełno mam w internetach.

 

To co, chyba sama sobie napiszę.


zdjęcie: via Pinterest

Dodaj komentarz