Co jesteś w stanie zrobić?

Kojarzysz jak wygląda kawiarka?

Bo dzisiaj będzie o kawiarce.

 

Może być w kształcie normalnego dzbanka, zwężającego sie ku górze, z szerokim dnem, które da się odkręcić, ale ta jej jest inna, jest porżniętym pod kątem walcem, którego powstałe płąszczyny dotykają się nieśmiało i zwężają do połowy, gdzie potem znowu się rozchodzą, tak jak biodra rozchodzą się w dół od talii.

 

Jest brudna w środku, bo podobno wtedy kawa wychodzi lepsza, tak kiedyś usłyszała i trzyma sie tego, tak jak w załamaniach trwają matowe plamy, a może to nie plamy, a odblaski dawnych dźwięków, dawnych słów, jej-samej-dawnej?

 

Wyciąga sitko, wysypuje fusy, zaschły, musi mocno bić sitkiem o ścianę śmietnika, wylewa resztki starej wody, która się nie dociągnęła do końca poprzednim razem, ciekawe kim była, kiedy robiła to ostatnio?

Sypie kawę, uklepuje, sypie jeszcze trochę, w końcu trochę ląduje na blacie stołu, lekki ruch ręki i brązowe drobiny spadają na podłogę, są mikroskopijne, jak drobiny kurzu w świetle, tyle że nie tańczą tak lekko, a szybują szybko i cicho, chowają się w załamaniach fugi między kafelkami na podłodze.

 

Zapala gaz, dokręca obie części, stawia kawiarkę delikatnie na gazie i czeka, bo za chwilę bedzie można przysiąść znowu na chwilę, posiedzieć obok życia, z kubkiem w ręce, bo jakoś tak wszyscy szanują fakt, że ej, ale ja teraz piję kawę, aha no to ok, nie przeszkadzaj sobie, w końcu to nie byle co to picie kawy, to nie to co picie browca do jakiegoś słabego filmu, albo herbaty do kolacji.

 

Wiesz, tam, w tej kuchni jest tylko jeden kubek, jedna łyżeczka, a w zlewie leży jedna miska po jednym obiedzie.

 

Wiesz, czasem myślę, ile jesteśmy w stanie zrobić, żeby nie być samemu, żeby nie parzyć kawy w pojedynkę, skoro całe życie tak robisz, od zawsze, ile byłbyś w stanie zrobić?

 

Na pewno śpimy ze sobą bez znaczenia, tylko na krańcach siebie dotykamy, chociaż  wydaje się, że mocniej, intensywniej, się nie da i robimy to, bo wszyscy boimy się nocy, szeptamy JEJ do ucha: odejdź, nie przeszkadzaj, widzisz, że nie jestem sam/a.

Chujowiej samym się nie da być, niż w takich momentach, rozciągniętych wzdłuż nagich ciał.

 

Zgadzamy się na półśrodki, na wysokich blondynów, chociaż wolimy niskich brunetów, a tak naprawdę to chcielibyśmy kogoś, kto śpiewa po pijaku takie same piosenki jak my, z kim da się rozmawiać nawet na kacu i kiedy umrze Ci kot, kogoś, kogo możemy zapakować do pudełka po aspirynie i jeść jak piksy, kiedy boli w człowieku.

 

A przede wszystkim milczymy, żeby ktoś nie pomyślał, że jest inaczej, bo to jest milczenie warstwowe, z góry piana pierdolenia o niczym, potem stopniowo rozrzedza ją milczenie, a jak już jesteś na dnie, to jestes sam, najsamiejszy, bo nikomu nie chce się milczeć, rozpuszczamy języki po wszystkich kątach, bijemy pianę jeszcze mocniej, bo jak się milczy, to się nie jest super.

I to milczenie boli i rwie, tak jak strupy na kolanach za gnoja.

Ale strach przed mówieniem rwie jeszcze mocniej, bo milczysz w pojedynkę, a mówienie to już dwójka i co ten drugi powie na to, co Ty chcesz mówić?

 

Mówienie jest ryzykiem odrzucenia zawsze, więc może lepiej nie gadać i napić się tej kawy, bo ciche bulgotanie trwa już dłuższą chwilę?
zdjęcie: via Pinterest

Dodaj komentarz