There was l o v e.

Bardzo mądra osoba wrzuciła ostatnio gdzieś do netka taki cytat:

Don’t forget.
Somewhere between
Hello and goodbye,
There was love,
So much love.

 

To było lato, gorące, tak upalne, że pierwszy raz w życiu (i ostatni) dostałam udaru słonecznego i musiałam siedzieć na zewnątrz pod parasolem w czapce, bo w namiotach żołnierskich było tak duszno, że czułam, jak roztapia mi się skóra.


To były Mazury, najpiękniejsze na świecie, gdzie do sklepu było 9 km piechotą, jak ktoś chciał podładować sobie komórkę i zadzwonić do rodziców.
Mało kto chciał dzwonić, bo to były dzieci z katowickiego Załęża, z takich rodzin, gdzie weekend trwa nieprzerwanie i każdy dzień ma posmak kaca i zapach popiołu.

 

To były wakacje dla dzieci, gdzie pojechałam jako 15-latka, bo mnie namówiła koleżanka, że zawsze jest tak fajnie, Ola, zobaczysz. A że ja nigdy jeszcze nie zastanawiałam się nad jakimkolwiek wyjazdem dłużej niż 5 minut, to pojechałam.
Tylko wiesz Ola, to jest taki kościelny wyjazd, więc będzie codziennie  msza.
Ano spoko, dam radę, jakoś przeżyję.

 

Wróciłam już nie sama.

Wróciłam z wiarą w Boga rozbudzoną tak mocno, jak tylko może ogarnąć serce nastolatki, zawsze odtrącanej, szukającej akceptacji, wiecznie się odchudzającej i marzącej o wielkiej Miłości.


Wróciłam do domu i nagle zaczęłam tęsknić za Niewypowiedzianym, za tajemnicą Przeobrażenia i Początkiem, i zwyczajnie – za ciszą i zapachem Kościoła. 

A że zazwyczaj jak w coś wchodzę, to na maksa – tak było i tym razem.

Co tydzień do spowiedzi, zawsze do komunii, w Wielkim Poście chodziłam na msze codziennie rano, przed szkołą. Przeżywałam Wielkanoc tak, jakby umierał ktoś z mojej rodziny i byłam zła, że nikt nie rozumie, że Mama zaczyna pytać, co ja w tym kościele robię 8 godzin na czuwaniu i czy ona ma się o mnie martwić?
Czułam się jak Joanna d’Arc, która jest hardkorem i nieważne, co inni myślą.

 

Jeździłam na pielgrzymki, spałam w klasztorach, śpiewałam o miłości do Boga i Jezusie, a nie umiem śpiewać. Odmawiałam różaniec, czekając na światłach na zielone, zawsze przychodziłam do kościoła wcześniej, żeby posiedzieć i pogapić się na obraz Jezu ufam Tobie.
I ufałam mu bardzo, tak jak ufa się komuś na początku.

 

A że z czasem zawsze się w końcu zdarzy, że zaufanie się pruje, tak było i tutaj.

Pojechałam do Medjugorje, gdzie wszyscy nawijali o końcu świata, że aż dostałam grypy żołądkowej, a wszystko w takt Tajemnic Maryjnych.
Widziałam ludzi opętanych, ale nie takich jak na horrorach, tylko bezwolnych, smutnych i tak samotnych, jak tylko potrafi być człowiek samotny.
Widziałam ludzi bezmyślnych, dla których życie doczesne i ludzie obok nie byli warci nawet 5 groszy, a większą radość mieli z lewitowania na skraju – w wiecznej modlitwie, w wiecznym poście, w wiecznym czuwaniu.
Miałam tak dużo pytań, np. czemu dzieci umierają i cierpią, jak źle musi być skonstruowany świat, że tak to działa, no niech mi ksiądz powie, bo ja nie rozumiem.
Ano Ola, trzeba Bogu zawierzyć, bo we wszystkim jest plan, tylko my nie widzimy.
Ale co nie widzimy, no przecież, to jest, kurwa, bez sensu.
W końcu, przestałam pytać.

Nie widziałam już Boga, zniknął tak szybko, jak się pojawił, a mnie zostawił z dziurą w sercu i z pustymi rękami, bo przecież, miało być na zawsze?

 

I nie wróciłabym do tego już nigdy, nie wierzę już w Boga, ani w ludzi, którzy w niego wierzą, staram się nie oceniać i puścić to wszystko wolno, ale czasem tęsknię.
Za Ciszą, tak wielką, kiedy człowieka jest za dużo w człowieku i musi usiąść obok boga, żeby na siebie popatrzeć.

There was love.

zdj: TheClassyIssue

Dodaj komentarz