Dziękuję za słońce.

Przeglądałam ostatnio papiery i natknęłam się na moje stare, stare wypracowania.
Tusz zblakł ,ale dalej można się rozczytać,mimo że te kartki mają już 13 lat.

 

Nigdy nie zapomnę lekcji języka polskiego, to były moje ulubione zajęcia i do dzisiaj, jak się tak zastanawiam, to chętnie bym sobie na jakąś poszła.

 

Pamiętam podstawówkę, gdzie naszą wychowawczynią była największa kosa z polskiego w szkole. Starsza pani, do pracy przychodziła zawsze w garsonce, usta malowała różową, opalizującą szminką, ale nie było tego zbyt widać, bo usta zazwyczaj miała zaciśnięte w linijkę.
Męczyła nas gramatyką, w piątki zawsze mieliśmy podwójną lekcję i wtedy człowiek chciał uciec na dwór, do budzącej się wiosny, albo poślizgać się po kałużach, a trzeba było siedzieć i myśleć, czy nie z czasownikami to razem, albo co to jest przydawka.

Do dziś nie mam problemów z gramatyką.

 

I może nam się wtedy wydawało, że jest sztywna i surowa, ale to ona z nami siedziała po lekcjach i reżyserowała “Balladynę”, a wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że nikt jej za to nie płacił. I pamiętam, jak na próbach jej się plątał po twarzy uśmiech i czasem nawet wybuchała śmiechem razem z nami i czułam wtedy że ją lubię bardzo, najbardziej, bo jest równa i że jej zależy.

 

Pamiętam gimnazjum, gdzie przez 3 lata spotykaliśmy się z Panią z polskiego rano i ćwiczyliśmy nasze role w kabaretach, które potem wystawialiśmy w szkole i na konkursach.
To była taka osoba, która jak tylko na człowieka spojrzała, to tak się czuło w środku dobrze i miło ze sobą i jakoś tak się zaczynało w siebie wierzyć.
Do dziś pamiętam jak zielone były liście za oknem i jak dobrze mi było tam siedzieć i dyskutować, czemu Jurand ze Spychowa to jest najlepsza, ale to najlepsza postać w Krzyżakach.

 

To dzięki niej w liceum na pierwszej lekcji polskiego, kiedy trzeba było maturę próbną napisać, żeby nowa nauczycielka mogła sprawdzić, jaki mamy poziom, to dostałam 75% od strzała. A to była matura rozszerzona. I to z Szymborskiej.

 

Pamiętam liceum właśnie, kiedy mieliśmy taką nauczycielkę, że człowiek się uczył dla niej, żeby pochwaliła, że ktoś ma oryginalne spojrzenie na coś.
To na jej lekcjach potrafiłam nie opuszczać ręki, bo zawsze miałam coś do powiedzenia, to ona nas zmuszała do myślenia i dyskusji.
To na jej lekcjach mnie kiedyś zamurowało, jak czytaliśmy wiersz z Tatr Przybosia i łzy mi pociekły i miałam gulę w gardle. I ona to zauważyła i pamiętam, że mi głową pokiwała, na znak, że rozumie. Do dziś płaczę, jak czytam ten wiersz.

To ona mnie raz w życiu na ocenę spytała w czasie lekcji i temat to był średniowiecze. A u niej pytanie było jak egzaminy ustne na studiach i tego jeszcze nie wiedziałam.
I pamiętam, że mówiłam i mówiłam, i jak skończyłam, to cisza była totalna w klasie. A ona wtedy powiedziała, że to jest najlepsza odpowiedź, jaką kiedykolwiek słyszała. I mi dała szóstkę.
I powiem Wam, że nigdy nie czułam się tak doceniona, nigdy później. Wracałam do domu nad chodnikiem, dumna i blada.

To dzięki niej maturę rozszerzoną napisałam na 100%.

 

Tych ludzi było więcej, był pan z historii, co czytał gazetę motoryzacyjną na naszych sprawdzianach i tak opowiadał, że się człowiek czuł jak na filmie.
Była Pani z biologii, która pisała nam takie sprawdziany, że wstyd było oblać, bo widać było jak jej zależy, żebyśmy się nauczyli i nie dawała ciulatych gotowców.

Pamiętam Panie z matematyki, z którymi zawsze działała sztuczka zadawania “trudnych pytań” i które potrafiły mnożyć na tablicy sto przypadków, a czas mijał.
Był Pan z fizyki, co wiedział, że fizyki to nikt nie lubi, a ja lubiłam i jego lubiłam, bo był taki mądry i fajny, że nawet fizyka była spoko.

I Pani z chemii, co tak tłumaczyła, że każdy ogarniał.

Każdemu z nich chciałabym podziękować.

To dzięki nim kochałam szkołę, i do dziś do tych wspomnień wracam i to są takie wspomnienia, że tam zawsze świeci słońce.

 

Dodaj komentarz